Laotońskich peregrynacji ciąg dalszy...
Miro zaakceptował moją wersję Jego podróży! Mogę pisać dalej ;-)
Myślę, że tymczasowo, bo kiedy wróci z tych wypraw, to sam zapisze te dni po swojemu. Ja przecież mogę tylko być zdalnym kronikarzem tych dni, bez emocji, obserwacji czy doznań, jakie towarzyszą podróży w tak jednak niezwykłych rejonach. Niby wszystko jest na wyciągnięcie ręki (i portfela ;-))), ale jednak mało kto decyduje się na wyprawy w miejsca gdzie nia ma 'ALL INCLUSIVE' ;-)
Tu, poza może dość komfortową jak na laotańskie warunki jednostką rzeczną, reszta to niemal sama natura.
Oto kolejny port w żegludze Miro.
Nazywa się Ban Houayxai, to już niemal granica z Tajlandią, punkt startowy dla żeglugi po Mekongu. Jak napisał Miro 'szału nie ma, ale nie dla miasta tu jesteśmy'
I kilka zdjęć już z portu
Rano obserwacje takich miłych zwierzątek
Po drodze stacja paliw na rzece dla szybkich łodzi, tzw. Express Boats, no szybkość 50-60 kmh!
Na koniec dzisiejszego zapisu dość specjalny film. Opowiada o ludziach, którzy każdego dnia znajdują okruch złota, by kupić jedzenie na kolejny. To 'Złoto Mekongu' obok symbolicznego znaczenia ma wymiar jakże konkretny.
Bo złoto Mekongu istnieje, tylko są to okruchy, a szukanie ich to ta powolna droga dnia codziennego, spokój i brak gorączki, gonitwy...
Złoto Mekongu jest czasem utożsamiane z odnalezieniem wewnętrznej ciszy, równowagi, dystansu do dnia dzisiejszego.
Czy może być coś cenniejszego?








Komentarze
Prześlij komentarz