Koszenie z synem!
No bo było tak:
bilet na samolot był jakoś dawno temu. Kiedy nadszedł dzień powrotu do Azji, była inna decyzja. No i czas razem trwa nadal! Do tego dzisiaj to nie ja targałam kosiarkę po tych metrach nieskończonych, a właśnie On, mój syn. Co za energia i szybkość. Do tego wszystko tak, jak u mnie, jakby zawsze wiedział, jakby kosił od dziecka. No ogród dopieszczony jak bajka. Co dwie pary rąk, to jednak nie to samo co dwie! Do tego jak te drugie takie młode i silne.
Co za dzień!
No to obrazki, bo co tu jeszcze dodać!
Życie nas ciągle zaskakuje. Czasem wydaje się, że to taki schyłek, smutno, a tu znowu takie cuda ;-)


Przed chwileczką, nie czytając Twojego wpisu, napisałam w odpowiedzi na komentarz podobne zdanie, jak to przedostatnie - to niesamowite! I super, że tak jest - cieszę się z Twojej radości :-)
OdpowiedzUsuń:-) Myślę, że kontakt z naturą taki jak nasz, taki rzeczywisty powoduje daje takie impulsy optymizmu, chwile zachwytu. Wszystko wtedy znowu nabiera sensu i sił, by zmagać się dalej.
UsuńKiedyś opisałam taki dzień, który zaczął się źle, i w jednej chwili zmienił się w cudny, dzięki parze dudków harcujących po trawniku ;-)
Oby tak dalej :-)